kwi 25 2020

Album ze zdjęciami


Komentarze: 1

Album ze zdjęciami

 

       Pani Zosia była dziarską siedemdziesięciokilkuletnią starszą panią. Całe swoje pracowite życie poświęciła dzieciom i wnukom.  Wcześnie owdowiała, więc nie było jej łatwo. Później to właśnie ona opiekowała się wnukami, żeby dzieci mogły pracować.  Rodzina była więc dla niej wszystkim i nieustannie o niej opowiadała. Jednocześnie była, pomimo swojej choroby, bardzo samodzielna i nie chciała sobą, swoimi problemami czy chorobą absorbować innych.  Jej smutne chwilami oczy rozświecały się wtedy, gdy mówiła o swoich bliskich.

       Chorowała na szpiczaka mnogiego, nowotwór atakujący kości i jednocześnie, zwłaszcza w późniejszych stadiach, powodujący silne, uogólnione bóle kostne.  Dlatego też trafiła do mojej poradni. Był marzec.

         Polubiłam ją bardzo tak jak lubi się kogoś, kto przypomina Ci  Twoją własną babcię. Była cicha, ciepła i prawie zawsze uśmiechnięta, może z wyjątkiem tych chwil, kiedy cierpiała z powodu bólu.  Pamiętam, że zawsze zapytana, czy i gdzie ją boli odpowiadała:  - Aaa tam, tylko trochę ćmi tu i ówdzie. Po kilku tygodniach znajomości wiedziałam, że u niej takie stwierdzenie oznacza duży ból. Jak przechodziłam do badania pacjentki, okazywało się, że w rzeczywistości ból jest dużo bardziej nasilony.  (W medycynie nazywamy to określeniem „mieć wysoki próg bólowy”).

Po niedługim czasie wizyty pani Zosi stawały się  coraz dłuższe a nasze rozmowy coraz bardziej szczere.

- Nie żałuję niczego w życiu – mówiła często.  -Przeżyłam już wiele lat i taka jest kolej rzeczy, że trzeba będzie odejść. Szkoda tylko, że nie będę mogła już uczestniczyć w tych wszystkich ważnych chwilach w ich życiu. Wnuczka będzie miała I Komunię Świętą za dwa miesiące.  Myśli pani, że doczekam?

- Doczeka pani- powiedziałam, choć  nie powinnam. Wiem jednak jak ważne jest dla moich pacjentów czekanie na coś, jakieś spotkanie, szczególną chwilę, uroczystość. To „światełko w tunelu”, którego się oczekuje, pozwala przetrwać wiele trudnych chwil i potrafi dać dużo siły.

Doczekała. Pod koniec maja przyniosła mi zdjęcia wnuczki w ślicznej białej sukience. -To moja Ania- powiedziała z dumą i łzami w oczach, rozświetlonych miłością oczach.

- To na co teraz czekamy pani Zosiu? – zapytałam.  Na początku nie zrozumiała, ale za chwilę uśmiechnęła się:  - We wrześniu wnuczek ma ślub. Byłoby cudownie być wtedy z nimi wszystkimi.

- No to mamy nowy cel. – odpowiedziałam.  Nie wiem, co ją tak trzymało przy życiu i muszę przyznać, w doskonałej jak na tą chorobę formie.  Myślę, że była to siła woli, nadzieja no i przede wszystkim miłość.  Była na ślubie wnuka a nawet na nim tańczyła. Znów przyniosła zdjęcia ze ślubu i z wesela. Przyniosła też weselne ciasto na poczęstunek.  Ja w zamian zwiększyłam jej dawki leków na bóle, które się nieco nasiliły (ledwie ćmiło według niej).

- Moja wnuczka  jest w ciąży – powiedziała pani Zosia na którejś z późniejszych wizyt. – Ma być synek, myśli pani, że dane mi będzie zobaczyć prawnuczka? To pierwszy mój prawnuk będzie.

- A kiedy to będzie? – spytałam rozbawiona, ale też trochę zaniepokojona.

- To tylko trzy tygodnie. Może się uda?

- Miejmy nadzieję – odpowiedziałam, bo choć pani Zosia przychodziła do mnie do poradni sama na własnych nogach, widziałam, że kosztowało ją to już sporo wysiłku.

 

 

 

Za miesiąc pani Zosia odwiedziła mnie w poradni ostatni raz.  Była późna  jesień  a na wizytę przywiózł ją wnuk.  Sama nie miała już siły iść. Siedziała na wózku trzymając w ręku album z rodzinnymi zdjęciami.  Musiała mi przecież pokazać swojego dopiero narodzonego prawnuka. Blasku w jej oczach nie zapomnę nigdy. Widziałyśmy się wtedy ostatni raz.  Nie miała już na co czekać?  Pewnie byłoby jeszcze wiele takich chwil.  Nie miała już jednak ani siły, ani czasu.  Wierzę, że teraz widzi już wszystko i we wszystkim uczestniczy, szczęśliwa.  A szczęśliwi przecież czasu nie liczą.

ewautz   
Iwona L.
04 września 2021, 19:53
Po przeczytaniu tej historii doszłam do wniosku, że stawianie sobie celu, trzyma nas przy życiu

Dodaj komentarz