Najnowsze wpisy


kwi 05 2026

Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci...


Komentarze (0)

Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci nas uczą? -c.d


Zacznę od Pani Wiesi, którą poznaliście w ostatnim opowiadaniu. Na moim stole nie będzie kaczki w te święta. Pani Wiesia zmarła i jakoś nie mam na kaczkę chwilowo ochoty, choć jak wierni czytelnicy pamiętają, dla pani Wiesi „kaczka na świątecznym stole musiała być”. Zmarła cichutko, tak jak żyła. Dwa tygodnie przed jej śmiercią wyjeżdżałam na krótką podróż i poprosiłam, by na mnie poczekała. I poczekała. Gdy wróciłam i pojechałam do niej na wizytę, leżała w ciężkim stanie, ale spokojna i wciąż przytomna, choć oddychała coraz płyciej. Zbadałam ją wiedząc, że to już pewnie nasze ostatnie spotkanie. Przedostatnie, bo następnego dnia pojechałam stwierdzić jej zgon wdzięczna, że mogę to zrobić. Bo bardzo chciałam być z nią do końca. I bardzo chciałam właśnie w ten sposób ją pożegnać. Ale dane mi było więcej. Po tym, jak stwierdziłam zgon u pani Wiesi i pożegnałam się z nią, podeszła do mnie jej córka z pewną prośbą. Okazało się, że ostatni mój wpis w blogu przeczytała pani Wiesi jej wnuczka. Pewnie dlatego, że była ona jedną z bohaterek tamtej historii. Córka poprosiła mnie zatem, w imieniu pani Wiesi i rodziny, o napisanie kilku słów pożegnania, zapraszając mnie jednocześnie na pogrzeb i obiad po pogrzebie. Nie wyobrażałam sobie, żeby mogło mnie nie być na jej pogrzebie. Nie myślcie jednak, że praktyką moją jest chodzenie na pogrzeby moich pacjentów. Absolutnie nie. Lecz w pogrzebie przyjaciół się uczestniczy. Prośba córki zaskoczyła mnie niezmiernie i onieśmieliła. Jednocześnie czułam się zaszczycona tym, że obdarzono mnie takim zaufaniem. Tylko co mogłam napisać? Znałyśmy się przecież tylko półtora roku. Słowa pożegnania spływały na papier łatwiej niż bym podejrzewała. Można więc powiedzieć, że spełniłam też ostatnią jej wolę. Taka to była ta przyjaźń.
Kinga szczęśliwie wciąż żyje i nadal ładuje moje akumulatory swoją energią. Jest w trakcie kolejnej już chemioterapii i nie poddaje się. Realizuje swoje kolejne, czasem szalone pomysły. A może po prostu spełnia kolejne marzenia. Pewnego dnia podczas wizyty obwieściła mi radośnie, że leci z mężem i córką do Jordanii w przerwie między kolejnymi cyklami chemioterapii. Na mój przestrach w oczach i delikatne próby perswazji powiedziała tylko: „A co może mi się stać? Najwyżej umrę nieco wcześniej, ale spełnię swoje marzenie”. Zabrakło mi argumentu. Podróż mąż Kingi zaplanował bardzo dokładnie, łącznie z wynajęciem odpowiednio wygodnego samochodu, mieszkania w bliskiej odległości od Petry (tylko 250m) itp. Pojechała. I wróciła szczęśliwa, z dyskiem pełnym zdjęć, głową pełną wspomnień i … planami kolejnych podróży (boję się nawet myśleć, gdzie😊). Zakończę jej wpisem na fb, który Kinga pozwoliła mi zacytować.
„Rak uratował mi życie.
Nie bałam się śmierci.
Bałam się raczej tego, że przeżyję życie nie żyjąc naprawdę.
W biegu, w rolach, w powinnościach.
Cicho, grzecznie, jak trzeba – ale nie jak czuję.
A potem przyszedł rak.
Niechciany, nieproszony, ale…nie bez sensu.
Zatrzymał mnie.
Otworzył oczy.
Zrzucił ze mnie wszystko, co było nie moje.
Zostawił tylko to, co prawdziwe.
I wiecie co?
Uratował mi życie.
Nie fizycznie – chociaż i to się udało…
Ale uratował moje wnętrze, moje serce, moje JA.
Bo dopiero w chorobie zaczęłam:
-kochać siebie naprawdę,
-czuć wdzięczność za każdy dzień,
-uśmiechać się do ludzi tak po prostu,
-mówić „Dzień dobry” z serca, nie z automatu,
-być z ludźmi, którzy wspierali mnie nie z obowiązku, ale z miłości,
-oddychać spokojnie,
I widzieć, że życie ma smak, nawet, jeśli nie jest już takie samo.
Nie wiem, co będzie dalej.
Ale wiem jedno.
Nie jestem już tą samą osobą, która zachorowała.
Jestem mocniejsza.
Spokojniejsza.
I bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej.
Rak zabrał mi dużo.
Ale dał mi najcenniejsze:
Drogę powrotu do siebie.

Gdy przeczytałam ten tekst Kingi po raz pierwszy zrozumiałam, że w naszej relacji zawsze będzie symbioza i skąd ona się bierze. Każda z nas coś daje tej drugiej. I oby jak najdłużej trwała ta nasza przyjaźń.

                                                                                                                       

 

lis 03 2025

Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci...


Komentarze (0)

 

Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci nas uczą?
Zastanawiałam się długo nad tytułem tego wpisu. Miało być bardziej górnolotnie i kwieciście a zabrzmiało trochę dwuznacznie😉
I niech tak zostanie, pomyślałam przypominając sobie dwie wiadomości sms z 2 ostatnich dni. Bo gesty, podziękowania, które otrzymujemy, słowa, kwiaty, czasem coś słodkiego, one wszystkie są bardzo miłe i wszystkie bardzo cieszą. Trzy dni temu, niedługo po przebudzeniu otrzymałam sms od mamy pacjentki, którą opiekuję się w domu od kilku dni: „ Dzień dobry, pani doktor, pierwsza noc bez wymiotów, bardzo dziękujemy”. I proszę mi wierzyć, ten sms „zrobił mi dzień”, każdy z nas bowiem potrzebuje co jakiś czas takiego niemal namacalnego dowodu, że to, co robi ma sens. I tego dnia rano kolejny raz ze wzruszeniem pomyślałam sobie, że kocham to, co robię. Dziś córka innej, zmarłej już pacjentki przesłała mi zdjęcia ślubne jej wnuczki, której właściwie nie znam, z dopiskiem, że „młodzi zapraszali na ślub babcię prawie w pani obecności”. Czułam się zaszczycona, że w tak ważnym dla nich dniu choć chwilę poświęcili także mi.
Zamysł tego wpisu był jednak inny. Chodziło mi bardziej o to, ile takich niematerialnych, nieoczywistych darów otrzymujemy od pacjentów. A że znów długo mnie tu nie było to i wspomnień czy obecnych doświadczeń będzie więcej.
Tydzień temu wdałam się w dłuższą rozmowę z lekarką Agnieszką, która miała na początku tylko na chwilę wesprzeć nas swoją medyczną pomocą w Hospicjum Stacjonarnym. Bała się, że nie podoła, że ta praca to nie dla niej, że nie da rady psychicznie i się tu nie odnajdzie. Tymczasem zaczęła zapuszczać korzenie, ku naszej radości oczywiście. Nie myślałam- powiedziała, że tyle tu ciepła i wdzięczności pacjentów, to nie jest miejsce smutne, przygnębiające i pełne bólu, ale jest tu przestrzeń dla radości, empatii i coś takiego niemacalnego, co przyciąga i sprawia, że czuję się dobrze, czuję się potrzebna i po prostu chcę tu być. (Mam nadzieję Agnieszko, że właściwie ujęłam to co powiedziałaś, choć na pewno nie dosłownie i nie tak ładnie). Pamiętam, że bardzo mnie to wzruszyło i sama tak bardzo się z tym utożsamiam , że musiałam to napisać. Bo to też jest o tym, że pacjenci dają nam siłę, żebyśmy my mogli tę siłę przekazywać dalej.
Pani Danusia ma 91 lat i jest pacjentką naszego Hospicjum Stacjonarnego. Gaśnie powolutku i bardzo chciałaby już odejść, szczęśliwie udało nam się opanować u niej objawy takie jak duszność czy bóle, ciągle korzysta z koncentratora tlenu. Jest pełna cierpliwości i pokory. Czasem sobie cichutko pojękuje. Podczas jednej z takich sytuacji podeszła do niej Karolina, pielęgniarka. Co tam pani Danusiu- zapytała, jak pomóc? Na co pacjentka do niej: A nic, pomódl się, żeby mnie Pan Bóg już zabrał. Poszła więc zaraz Karolina do hospicyjnej kaplicy, żeby się pomodlić. I była to dla niej, jak sama później opowiadała, jedna z najpiękniejszych lekcji pokory.
Pani Stasia zmarła u nas niedawno. Niewielu ludzi i nieczęsto ją odwiedzało, choć uczniów wychowała wielu będąc nauczycielką. W Hospicjum lubiła rozmawiać z Renią, naszą sprzątaczką. Prosiła ją też o drobne zakupy, które Renia robiła chętnie i bezinteresownie. Zaprzyjaźniły się. Dzień przed śmiercią pani Stasia wołała , żeby Renia do niej przyszła, więc kiedy tylko pojawiła się w pracy, natychmiast odwiedziła chorą. Ta , gdy ją zobaczyła , rzekła : „Chciałam Cię tylko przytulić i podziękować”. To było ich ostatnie spotkanie, bo następnego dnia Renia nie zastała już w łóżku pani Stasi. Jestem jednak przekonana, że teraz Renia ma kolejnego Anioła, który nad nią czuwa. A to wielki dar.
Pan Bogdan ma niedowład czterokończynowy. To nowa dolegliwość, bo chorobą nowotworową jest doświadczony już od jakiegoś czasu. Z dnia na dzień ze sprawnego, aktywnego człowieka stał się przykutym do łóżka, bezradnym człowiekiem, który z trudem rusza palcami. I choć niezmiernie trudne to doświadczenie dla niego i bywają naprawdę ciężkie dni to potrafi się cieszyć z naprawdę małych rzeczy, np. z tego, że udaje mu się zgiąć kolana, poruszyć palcami u rąk. Ostatnio, gdy byłam u niego na obchodzie, pochwalił się, że został posadzony przez syna i siedział przez prawie pół godziny. Uśmiechu na jego twarzy nie zapomnę. I tej mojej refleksji oraz nauki jednocześnie. Czy ja umiem doceniać rzeczy malutkie, czy umiem się z nich cieszyć i być za nie wdzięczna?
Kingą opiekuję się w Hospicjum Domowym razem z pielęgniarką Bożeną. I obie mamy nieodparte wrażenie, że my więcej otrzymujemy niż dajemy w tej relacji z pacjentką. Jak jedziemy do niej na wizytę, mówimy, że jedziemy naładować baterie. To już trzecie doświadczenie nowotworowe w życiu Kingi. Pierwszy raz na nowotwór zachorowała w wieku dwudziestu kilku lat i wygrała, w międzyczasie wychowała dwójkę wspaniałych dzieci i trwa w pięknej, wspierającej się rodzinie. Ale myślę, że siłą tej rodziny jest ona sama. I chyba mam rację, bo na jednej ze ścian w jej domu wisi kolaż zdjęć wykonany przez dzieci z napisem: „Dla najsilniejszej mamy”. Zawsze, kiedy wychodzimy od Kingi, czujemy się silniejsze. Wystarczy pół godziny rozmowy z nią , żeby to poczuć. Bo ona się nie poddaje, ma dla kogo żyć i twierdzi, że będzie walczyć do końca. Zna diagnozę, rokowanie i pełna tej świadomości żyje i walczy, chodzi po domu nieco chwiejnym krokiem i opowiada o planach, o życiu, o dzieciach. Cudownie jest patrzeć jak spędzają rodzinnie czas, czworo dorosłych już ludzi, grają w gry, pracują w ogrodzie ( Kinga głównie w roli obserwatora), gotują razem lub po prostu dla siebie, jak wykorzystują na maxa czas , jaki im został. A duszą tego domu jest Kinga. I to ona rozdaje energię, także nam.
Z Bożeną opiekowałyśmy się też w domu zmarłą już panią Hanną. Były z nią na zmianę dwie córki, każda z nich po tygodniu. Jedna przyjeżdżała z Włoch , druga z północnej Polski. Pięknie jej towarzyszyły troszcząc się o każdy szczegół gasnącego życia, zapewniając każdą potrzebę, zauważając każdy pojawiający się objaw choroby. Czuwały i opiekowały się nią cichutko, dyskretnie i dokładnie, szanując jednocześnie jej wolę. Czasem miałam wrażenie, że nie jestem tam potrzebna, tak dobrze sobie radziły. Oczywiście były przy niej , gdy umierała przeprowadzając na drugą stronę. Od rodzin pacjentów też często czerpiemy naukę. Tutaj nauczyłyśmy się, że odległość nie gra roli, gdy się kocha, że jeżeli tylko się chce, można trwać z miłością przy bliskiej osobie do końca. (P.S. Dziękuję za piękną książkę 😊).
Z panią Wiesią znamy się już prawie półtora roku. Opiekujemy się nią razem z pielęgniarką Lidką. Obchodziłyśmy nawet rocznicę naszej znajomości, z tortem i szampanem oczywiście 😉. I jak to często bywa zżyłyśmy się z nią, jej mężem i córką. Wspólnie przeżywaliśmy medyczne wzloty i upadki. Teraz obserwujemy jak powoli gaśnie i trudno mi sobie wyobrazić, jak to będzie, gdy jej już nie będzie. I nie dlatego, że nie da się od niej wyjść z pustymi rękami, bo śliwki czy ogórki „obrodziły” czy „kury się dobrze niosą” albo córka znów upiekła jakieś pyszne ciasto do spróbowania. Każde spotkanie z pacjentem, każda historia człowieka, którym się opiekujemy to jak kartka z pamiętnika, a im dłuższy ten pamiętnik, tym bliższa sercu jego treść i jego bohater. I to prawda, bo jak wchodzę do domu pani Wiesi, to jakbym do domu bliskiej osoby wchodziła. Lubię siadać przy stole w kuchni obok pieca, teraz bardziej przy łóżku, opowiadać o kolejnej podróży, z której wróciłam (a oni zawsze pytają), żartować , lubię po prostu tam być. A kaczka na świątecznym stole zawsze już będzie mi się kojarzyć z panią Wiesią, no bo jak to, święta bez kaczki?

cze 06 2025

Ja Cię kocham a Ty śpij..


Komentarze (4)

Ja Cię kocham aTy śpij...


Długo nie pisałam. Z wielu powodów, z natłoku pracy, braku weny no i chyba braku motywacji czy też mobilizacji. Choć przecież w tym czasie towarzyszyłam wielu pacjentom, obserwowałam wiele relacji, więzi. I wiele z nich zapadło mi w pamięć. Niejednokrotnie pomyślałam też, że muszę opisać jakieś doświadczenie czy spotkanie. I na tym się kończyło.
Miesiąc temu pożegnałam panią Halinę. Obserwując jej ostatnie dni byłam mocno poruszona i po jej śmierci w rozmowie z jej synem Piotrem zapytałam, czy mogę o niej, a właściwie o nich napisać parę słów w swoim blogu. Zgodził się oczywiście po czym dodał: „Ale ten blog nie żyje, dawno nie było żadnego wpisu”. Zawstydził mnie, i zmobilizował. Serdecznie dziękuję Panie Piotrze.
Pani Halina mieszkała sama i w chwili, gdy ją poznałam była właściwie prawie samodzielna. Bo choć osłabiona, z bólem trudnym do opanowania i okresowo występującą dusznością, w domu funkcjonowała dobrze z pomocą dochodzących dwóch synów. Szybko jednak słabła a choroba postępowała u niej bardzo szybko. Dość powiedzieć, że nasza znajomość to zaledwie półtora miesiąca. Z każdym następnym tygodniem i dniem potrzebowała więc większego zaangażowania zarówno ze strony lekarsko-pielęgniarskiej jak i dwóch synów, którzy tak przeorganizowali swoje życie rodzinne, aby cały czas któryś z nich mógł być z mamą. A przecież nieśli oni także swój bagaż traum i doświadczeń zawodowych, rodzinnych, zdrowotnych. Z czasem pani Halina przestała się już poruszać po domu i położyła się na stałe do łóżka, korzystała z koncentratora tlenu. Z powodu silnego bólu miała stosowane leki, które powodowały senność , ale wszyscy razem podjęliśmy decyzję, że lepiej, żeby była bardziej śpiąca niż cierpiąca z bólu. Synowie kontaktowali się ze mną codziennie i często się też widzieliśmy. Podczas jednej z wizyt pan Piotr opowiadał mi jak to poprzedniego dnia wygłupiali się z bratem przy mamie, opowiadali śmieszne historie, leżeli z nią w łóżku, jak kiedyś , w dzieciństwie. Widziałam, z jaką czułością mówił, jak doceniał te chwile, także dlatego , że byli wtedy blisko we troje, z mamą, i z bratem. Ostatniego dnia , kiedy wiedzieli, że śmierć już blisko, syn pobiegł do najbliższego kościoła i dosłownie wyciągnął księdza z konfesjonału aby przyprowadzić do mamy. Pani Halinka zmarła otoczona miłością.
I może dlatego tak bardzo wzruszyła mnie ta historia, że sama mam dwóch synów. Obserwując troskę, opiekę, ciepło i miłość jaką Ci dwaj mężczyźni obdarzali ciężko chorą a potem umierającą matkę pomyślałam, że po to właśnie się żyje, aby u kresu życia móc takiej miłości doświadczyć.
Panią Alicją opiekowałam się przez miesiąc. Jak odwiedziłam ją pierwszy raz, była już osobą leżącą. Też mieszkała sama, dojeżdżał do niej syn, a ponieważ był osobą bardzo zajętą , to zorganizował opiekę nad mamą przez całą dobę. Noce spędzał z nią sam czuwając przy niej. Ostatnie dni jej życia był z nią cały czas, karmił, poił, mył, przebierał a jak przychodziłam na wizyty cichutko siedział w fotelu tuż obok niej. Obserwował każdy objaw i wszystko ze mną konsultował. Ceniłam jego pokorę wobec ciężkiej choroby mamy i takie pragnienie, żeby nie dodawać jej cierpienia, żeby uporczywie nie leczyć kosztem pogarszającej się jakości jej życia. Zależało mu na tym, żeby mama odeszła bez bólu i przy nim. Pamiętam tą ciszę i przytłumione światło, syna i matkę, która co jakiś czas otwierała oczy, żeby tylko upewnić się czy on jest. A on był, do momentu, kiedy oczu już nie otworzyła. Gdy stwierdzałam zgon, w tym małym pokoiku zastałam pełną szacunku ciszę a w niej syna i matkę. I taki obraz tej relacji matka – syn Adam, pozostanie mi w pamięci na zawsze.
Pani Bogusia umierała u nas w Hospicjum. I krótkie było to jej odchodzenie. Została przywieziona z jednego ze szpitali w bardzo ciężkim stanie. Aż dziw, że nie zmarła po drodze. Teraz wiem , że to było po coś, że tak miało być, właśnie tu miała odejść. Tuż za nią przyjechała jej siostra, która powiedziała nam, że z Danii lecą właśnie córka i wnuczka pacjentki i wylądują w nocy. Zaproponowaliśmy więc, żeby przyjechały prosto z lotniska do Hospicjum. Mamy bowiem pokoje gościnne dla rodzin, żeby mogły tam nocować, gdy będą chciały towarzyszyć swoim bliskim. Nie wiedzieliśmy, że taka okazja przydarzy się tak szybko. Córka z wnuczką pojawiły się zatem u pani Halinki około godziny 2 w nocy, przywitały się z nią i rozmawiały. I choć pacjentka ze względu na ciężki stan nie mówiła i wydawała się nieprzytomna, jestem pewna, że słyszała te słowa powitania a niedługo potem pożegnania. Żyła jeszcze 2 dni, na chwilę nawet udało jej się otworzyć oczy. Ale jaki to był czas! Córka z wnuczką były przy niej, opowiadały, czasem płakały, czasem się śmiały, trzymały za rękę…do końca. I, jak same nam powiedziały, był to czas bardzo im wszystkim potrzebny, czas miłości.

sty 07 2025

"Wyjaśnij choremu..." czyli znaczenie...


Komentarze (2)

„Wyjaśnij choremu...”
czyli znaczenie właściwej komunikacji.

 

 

Każdy z nas miał w życiu swojego ulubionego nauczyciela, na każdym etapie życia i edukacji, swojego „guru”, od którego wiele się nauczył i który go ukształtował. Myślę, że to ważne , zwłaszcza w końcowym etapie naszej edukacji, nazwę to – edukacji zawodowej. Bo to, jak się nauczymy coś robić , wartościować, na co zwracać uwagę w swoim fachu, stanowi o tym , jak będziemy nasz zawód wykonywać, jak będziemy oceniani, postrzegani a przede wszystkim czy będziemy mogli skutecznie pomóc innym. I dotyczy to każdego zawodu. A ponieważ w tym miejscu piszę o tych, którzy zostawili we mnie swój ślad, to o moich pierwszych nauczycielach „zawodu”, o lekarzach, który wywarli ogromny wpływ na moje zawodowe życie i którym wiele zawdzięczam, napiszę słów parę. Oraz o tym, co zakorzenili we mnie tak głęboko, że muszę o tym napisać.
Tak jak już kiedyś pisałam, moje pierwsze spotkanie z medycyną kresu życia miało miejsce, gdy byłam na piątym roku studiów. Zgłosiłam się wtedy z kilkoma innymi osobami jako wolontariuszka do Poradni Opieki Paliatywnej i Hospicjum Domowego przy Szpitalu im. Kopernika w Łodzi. Pamiętam, że lekarze pracujący tam przyjęli nas bardzo serdecznie , traktowali po koleżeńsku i dużo nam tłumaczyli. Podczas cotygodniowych spotkań całego zespołu siadaliśmy przy dużym stole, my- wolontariusze, ale także lekarze, pielęgniarki, psycholog, kapelan, pracownik socjalny i rozmawialiśmy o pacjentach. Ta komunikacja w zespole, często wręcz burza mózgów, była dla nas wszystkich bardzo istotna. To było dla mnie nowe , niesamowite doświadczenie. Po pierwsze dlatego, że w centrum zainteresowania i troski wszystkich był pacjent, jego potrzeby, dolegliwości i jego rodzina. Po drugie – wszyscy członkowie zespołu: student, lekarz , psycholog czy pielęgniarka byli równorzędnymi partnerami w rozmowie i wzajemnie się uzupełniali w swych rolach. Po trzecie wreszcie, i zrozumie to każdy student medycyny, że rozmawiano z nami, studentami, wyjaśniano nam pojęcia, zwracano uwagę na konkretne objawy, uczono badania pacjenta i rozmawiania z nim. Byłam jednym z członków zespołu. I to mnie zafascynowało.
Poznałam wtedy Doktora Józefa Stańczaka, mojego pierwszego szefa a jednocześnie jednego z pionierów Medycyny Paliatywnej w Polsce i w Europie, który razem z prof. Łuczakiem i kilkoma innymi osobami, rozwijali ideę opieki paliatywnej i hospicyjnej.
Pamiętam jedno z moich pierwszych spotkań z pacjentem w domu. Była to kobieta w średnim wieku, która kiedy przyszłam do niej jako wolontariuszka na wizytę, powitała mnie zapłakana i krzycząc z bólu poprosiła mnie o eutanazję. Proszę sobie wyobrazić moją reakcję, byłam studentką i miałam ratować życie ludzi a tu taka prośba. Co zrobiłam? Sięgnęłam po telefon (stacjonarny wtedy, nie było jeszcze dostępnych telefonów komórkowych) płacząc razem z pacjentką, zadzwoniłam do szefa- dra Stańczaka i zapytałam co robić, co mam jej powiedzieć. Usłyszałam od niego krótką, zwięzłą odpowiedź, jak to miał w zwyczaju: „Nie gadaj , tylko daj jej zastrzyk z morfiny”. Wtedy też pierwszy raz w życiu dałam komuś morfinę (tym, którzy się będą oburzać przypomnę, że było to w 1995 roku i nie obowiązywały wtedy ścisłe procedury czy obostrzenia, ważne było, żeby pacjenta przestało boleć). Po godzinie zostawiłam pacjentkę śpiącą, bez bólu. Widziałam się z nią jeszcze przynajmniej kilka razy, nigdy więcej nie wspomniała o eutanazji. Za to mój szef tak. Powiedział mi później: „Gdy pacjent poprosi cię kiedyś o eutanazję, zastanów się czy wszystko zrobiłaś dobrze, czy skutecznie uśmierzyłaś ból, zniwelowałaś inne objawy, czy nie czuje się samotny, może potrzebuje pomocy kapelana czy psychologa.” Teraz wiem, że jeżeli zadbam o to wszystko, nie usłyszę prośby o eutanazję.
Pamiętam, jak dr Stańczak mówił mi o odwadze i determinacji, aby walczyć o każdego pacjenta a jednocześnie mieć świadomość nieuchronności śmierci i w pewnym momencie pozwolić mu odejść . I ta postawa jest w jawnej opozycji do eutanazji, która z definicji pomaga umrzeć. Opieka paliatywna pomaga żyć godnie do końca mając pełną świadomość nieuchronności śmierci, to towarzyszenie człowiekowi, zapewnienie mu bezpieczeństwa na tej ostatniej prostej.
Wtedy , od Niego , od Św. P. dra Józefa Stańczaka, usłyszałam to po raz pierwszy. I tkwi to we mnie do dzisiaj. I gdyby nie On, nie byłoby mnie dzisiaj tutaj , gdzie jestem. Dziękuję.
W tym samym miejscu spotkałam też drugą osobę, panią dr Krystynę de Corde. Ona towarzyszyła (i nadal duchem towarzyszy) mi dłużej, wtedy kiedy zostałam już pełnoprawnym lekarzem , robiłam pierwszą specjalizację z medycyny rodzinnej a potem wręcz popchnęła mnie do specjalizacji z medycyny paliatywnej. Ona uczyła uważnie słuchać pacjenta i rozmawiać z pacjentem, odpowiednio zadawać pytania z delikatnością i wrażliwością na drugiego człowieka. Pokazywała jak należy dokładnie i drobiazgowo badać i opisywać. Duży nacisk kładła na właściwą komunikację z pacjentem, z rodziną pacjenta oraz z innymi członkami zespołu opiekującego się pacjentem. Pamiętam, jak zwracała moją uwagę na to, aby mówić do pacjenta językiem dla niego zrozumiałym, obserwowałam ją jak spontanicznie likwidowała bariery np. siadając przy pacjencie w łóżku , trzymając za rękę czy nisko się nad nim pochylając mówić tak, żeby usłyszał. Swoje zalecenia wyraźnie (a charakter pisma ma piękny) pisała na kartce a po napisaniu jeszcze raz je wyjaśniała. To ona polecała mi literaturę (nie zawsze tylko medyczną) i dzięki niej pierwsze książki Roberta Twycrossa – pioniera opieki paliatywnej w Europie znałam niemal na pamięć (nawet musiałam znać). Pamiętam , jak dziwiło mnie, że w każdym rozdziale w zaleceniach postępowania przy różnych dolegliwościach, w pierwszym punkcie zawsze widniało zdanie : „Wyjaśnij choremu…” . Teraz, po tylu latach wiem, jak ważne jest wyjaśnienie pacjentowi co oznacza kolejny objaw, jaka jest jego przyczyna, jak możemy temu zaradzić, jak dokładnie i dlaczego stosować leki, jakich objawów niepożądanych można się spodziewać i jak im przeciwdziałać, co jeść , jak jeść, ile pić itd., itd. Wiem, jak istotne jest, żeby słuchać, a nie tylko słyszeć. Bo tak rodzi się więź między mną a pacjentem. Tak buduje się zaufanie. A tego bardzo brakuje w szeroko pojętych relacjach lekarz-pacjent.
Jeszcze jednego nauczyłam się w tym pierwszym zespole, z którym pracowałam jeszcze jako studentka. Nauczyłam się jak ważna jest komunikacja, właściwe zrozumienie, tolerancja w grupie ludzi, z którymi się współpracuje. I nie ma tu lepszych czy gorszych. Wszyscy są jednakowo ważni, uzupełniają się, potrzebują się nawzajem po to, żeby właściwie , profesjonalne i skutecznie pomóc pacjentowi. Nauczyłam się, że o te relacje, tak jak relacje w rodzinie i w każdym środowisku, trzeba dbać , pielęgnować. A to jest bardzo trudne.
Z całą pewnością mogę powiedzieć, że miałam szczęście. Na mojej zawodowej drodze , bardzo wcześnie nawet, spotkałam niesamowitych ludzi. To dzięki Nim jestem lekarzem opiekującym się ludźmi u kresu życia. Zarazili mnie swoją pasją, wrażliwością, otwartością na drugiego człowieka, ukształtowali mnie. Za to będę im wdzięczna do końca moich dni.