Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci...
Komentarze (0)
Co dostajemy od pacjentów? Czego pacjenci nas uczą? -c.d
Zacznę od Pani Wiesi, którą poznaliście w ostatnim opowiadaniu. Na moim stole nie będzie kaczki w te święta. Pani Wiesia zmarła i jakoś nie mam na kaczkę chwilowo ochoty, choć jak wierni czytelnicy pamiętają, dla pani Wiesi „kaczka na świątecznym stole musiała być”. Zmarła cichutko, tak jak żyła. Dwa tygodnie przed jej śmiercią wyjeżdżałam na krótką podróż i poprosiłam, by na mnie poczekała. I poczekała. Gdy wróciłam i pojechałam do niej na wizytę, leżała w ciężkim stanie, ale spokojna i wciąż przytomna, choć oddychała coraz płyciej. Zbadałam ją wiedząc, że to już pewnie nasze ostatnie spotkanie. Przedostatnie, bo następnego dnia pojechałam stwierdzić jej zgon wdzięczna, że mogę to zrobić. Bo bardzo chciałam być z nią do końca. I bardzo chciałam właśnie w ten sposób ją pożegnać. Ale dane mi było więcej. Po tym, jak stwierdziłam zgon u pani Wiesi i pożegnałam się z nią, podeszła do mnie jej córka z pewną prośbą. Okazało się, że ostatni mój wpis w blogu przeczytała pani Wiesi jej wnuczka. Pewnie dlatego, że była ona jedną z bohaterek tamtej historii. Córka poprosiła mnie zatem, w imieniu pani Wiesi i rodziny, o napisanie kilku słów pożegnania, zapraszając mnie jednocześnie na pogrzeb i obiad po pogrzebie. Nie wyobrażałam sobie, żeby mogło mnie nie być na jej pogrzebie. Nie myślcie jednak, że praktyką moją jest chodzenie na pogrzeby moich pacjentów. Absolutnie nie. Lecz w pogrzebie przyjaciół się uczestniczy. Prośba córki zaskoczyła mnie niezmiernie i onieśmieliła. Jednocześnie czułam się zaszczycona tym, że obdarzono mnie takim zaufaniem. Tylko co mogłam napisać? Znałyśmy się przecież tylko półtora roku. Słowa pożegnania spływały na papier łatwiej niż bym podejrzewała. Można więc powiedzieć, że spełniłam też ostatnią jej wolę. Taka to była ta przyjaźń.
Kinga szczęśliwie wciąż żyje i nadal ładuje moje akumulatory swoją energią. Jest w trakcie kolejnej już chemioterapii i nie poddaje się. Realizuje swoje kolejne, czasem szalone pomysły. A może po prostu spełnia kolejne marzenia. Pewnego dnia podczas wizyty obwieściła mi radośnie, że leci z mężem i córką do Jordanii w przerwie między kolejnymi cyklami chemioterapii. Na mój przestrach w oczach i delikatne próby perswazji powiedziała tylko: „A co może mi się stać? Najwyżej umrę nieco wcześniej, ale spełnię swoje marzenie”. Zabrakło mi argumentu. Podróż mąż Kingi zaplanował bardzo dokładnie, łącznie z wynajęciem odpowiednio wygodnego samochodu, mieszkania w bliskiej odległości od Petry (tylko 250m) itp. Pojechała. I wróciła szczęśliwa, z dyskiem pełnym zdjęć, głową pełną wspomnień i … planami kolejnych podróży (boję się nawet myśleć, gdzie😊). Zakończę jej wpisem na fb, który Kinga pozwoliła mi zacytować.
„Rak uratował mi życie.
Nie bałam się śmierci.
Bałam się raczej tego, że przeżyję życie nie żyjąc naprawdę.
W biegu, w rolach, w powinnościach.
Cicho, grzecznie, jak trzeba – ale nie jak czuję.
A potem przyszedł rak.
Niechciany, nieproszony, ale…nie bez sensu.
Zatrzymał mnie.
Otworzył oczy.
Zrzucił ze mnie wszystko, co było nie moje.
Zostawił tylko to, co prawdziwe.
I wiecie co?
Uratował mi życie.
Nie fizycznie – chociaż i to się udało…
Ale uratował moje wnętrze, moje serce, moje JA.
Bo dopiero w chorobie zaczęłam:
-kochać siebie naprawdę,
-czuć wdzięczność za każdy dzień,
-uśmiechać się do ludzi tak po prostu,
-mówić „Dzień dobry” z serca, nie z automatu,
-być z ludźmi, którzy wspierali mnie nie z obowiązku, ale z miłości,
-oddychać spokojnie,
I widzieć, że życie ma smak, nawet, jeśli nie jest już takie samo.
Nie wiem, co będzie dalej.
Ale wiem jedno.
Nie jestem już tą samą osobą, która zachorowała.
Jestem mocniejsza.
Spokojniejsza.
I bardziej sobą niż kiedykolwiek wcześniej.
Rak zabrał mi dużo.
Ale dał mi najcenniejsze:
Drogę powrotu do siebie.
Gdy przeczytałam ten tekst Kingi po raz pierwszy zrozumiałam, że w naszej relacji zawsze będzie symbioza i skąd ona się bierze. Każda z nas coś daje tej drugiej. I oby jak najdłużej trwała ta nasza przyjaźń.




